Błękitny poród Basieńki

Kim jestem?

Nazywam się Katarzyna Wiekiera i jestem Zaklinaczką Słów. Pisanie to od zawsze moja największa supermoc. Opisywałam świat jako dziennikarka. Jako copywriterka (Złoty Kot) pomagam światu usłyszeć o świetnych produktach i usługach moich klientów. Prowadzę bloga (Blowminder) o inspirujących lekturach i ideach. Spacerując układam haiku, które jest dla mnie formą bycia tu i teraz. Wierzę w siostrzeństwo i uzdrawiającą moc opowieści. Jestem żoną Tomka i mamą Basi.

Dlaczego zostałam Ambasadorką Błękitnego Porodu?

Poród córki był jednym z najważniejszych wydarzeń w moim życiu. Jestem głęboko przekonana, że są takie historie, które nie należą tylko do nas. Właśnie taką historią jest moja opowieść porodowa. Mój poród był porodem mocy. Urodziłam nie tylko dziecko, ale siebie jako matkę i zupełnie inną kobietę, niż byłam. Tego już nic zmieni. Jestem ogromnie wdzięczna Beacie Meinguer-Jedlińskiej za to, że mogę dzielić się tutaj swoją historią z innymi kobietami.

Co kobiety robią z mocą, której doświadczają przy porodzie

Po porodzie byłam trochę rozczarowana, czułam się ze swoją historią porzucona i zepchnięta przez patriarchat do prywatnego mieszkania. Tak naprawdę nie wiedziałam, co mam zrobić z tą ogromną energią, która się wtedy we mnie narodziła. To była energia matki potrzebna do opieki nad dzieckiem ale to było także doświadczenie pełni swojego ciała i najpotężniejszego kobiecego daru, jakim jest moc rodzenia. Opowieści porodowe są historiami całkowicie prywatnymi i intymnymi, większość kobiet zachowuje je dla siebie. Nie potrafiłam zrozumieć dlaczego. Dlaczego kobiety nic nie robią z tą niesamowitą mocą, jakiej doświadczają przy porodzie? A może nie doświadczają?

Mój błękitny poród mocy

Warunki w jakich rodzą kobiety, cały czas są dalekie od ideału. Ja miałam to szczęście, że urodziłam tak, jak chciałam. Oczywiście nie da się wszystkiego przewidzieć, i wiele rzeczy wyobrażałam sobie inaczej albo nie potrafiłam sobie wyobrazić. Niemniej, urodziłam świadomie, a moje wybory były szanowane. Od początku miałam ogromną potrzebę podzielenia się swoją historią. Ale mijały tygodnie i jedyne co zrobiłam, to opisałam swoje doświadczenia w prywatnym liście do córeczki (by w przyszłości dowiedziała się w jakim momencie i atmosferze przyszła na świat). Chciałam się wybrać na krąg opowieści porodowych, ale te są zwoływane tylko raz do roku. Mijały miesiące aż poznałam ideę Błękitnego Porodu. I choć wtedy jeszcze tego nie wiedziałam, mój poród był błękitny, to znaczy całkowicie w zgodzie ze mną, taki jak chciałam, bez znieczulenia, naturalny, fizjologiczny. Myślę, że za długo straszono nas słowami “i w bólach rodzisz będziesz”. Co z tego, że boli, jeśli doświadczenie rodzenia jest najpotężniejszą kobiecą mocą? Posłuchajcie mojej porodowej opowieści. To moje maleńkie „oczko”, które dokładam do sieci wsparcia pełnej pozytywnych historii porodowych. Wierzę, że moja historia doda sił każdej kobiecie, która wyruszy na spotkanie swojego dziecka. 

Basen głęboki na 10 metrów

Choć nigdy nie miałam wątpliwości, że chcę być z wybraną przez siebie połówką na tak zwane “zawsze”, długo czekaliśmy na dziecko. Mijały lata, moglibyśmy mieć już 7,8 letnie potomstwo, ale ono nie pojawiało się na świecie. Czekanie było pełne okresów napięcia i beznadziei. Od momentu zajścia w ciążę poczułam cudowny spokój. Chyba pierwszy raz w życiu zaczęłam czuć się dobrze w swoim ciele. To niesamowite, ale dopiero to przepoczwarzające się, tyjące i pękające w szwach ciało pokochałam bezwarunkowo. Bo to ciało nosiło przepiękny prezent – nowe życie. Każdy miesiąc przybliżał mnie do wyjątkowego spotkania. Puściłam brzuch, który trzymałam w spięciu całe życie i zaczęłam głęboko oddychać do brzucha. Ciążowe sny były pełne ogromnej, błękitnej wody. Śniły mi się morza, fale i jeziora. Którejś nocy, niedługo przed porodem, przyśniło mi się, że muszę wyciągnąć moje uczące się pływać dziecko z basenu głębokiego na 10 metrów. Zanurkowało na samo dno i nie potrafiło wypłynąć z powrotem. 10 metrów to jak 10 centymetrów rozwarcia, pomyślałam po przebudzeniu. Cóż, czekała mnie intensywna podróż…

Przygotowania

Urodziłam trzy dni po wyznaczonej dacie. Mimo czasowego poślizgu, nie czułam żadnego niepokoju. Czułam, że dziecko jest zdrowe. Ćwiczyłam porodowe oddechy, jogę, śpiewałam mantry i modliłam się o bezpieczne sprowadzenie dziecka na świat. Ponieważ w moim najbliższym otoczeniu brakowało pozytywnych historii porodowych i sieci wsparcia, od pierwszych miesięcy ciąży, czerpałam moc z pięknych historii i filmów porodowych, które wygrzebywałam z odmętów Internetu i książek takich jak „Poród naturalny” Iny May Gaskin. Te historie dawały mi ogrom siły. Choć nie znałam płci, wyobrażałam sobie piękną twarz dziecka, drobne blond włoski i długie nogi (to niesamowite, ale właśnie takie dziecko wyskoczyło z mojego brzucha!). Oprócz snów o wodzie, w ostatnim miesiącu ciąży miałam mnóstwo snów o karmieniu. Raz śniło mi się, że dziecko zadało mi dwa pytania. Spytało czy będę je karmić i się nim opiekować. Odpowiedziałam, że będę je karmić i się nim opiekować tak długo, jak będzie tego chciało. Nie długo po tym śnie, zaczął się poród. Był październik, dni były zimne i deszczowe a ja nie mogłam się doczekać kiedy wreszcie zobaczę moje maleństwo.

Pierwsze skurcze i nieprzespana noc

W poniedziałek, 10 października o 15.00 poczułam skurcz. Miałam już wcześniej skurcze przepowiadające, wiedziałam, że ten jest inny. Czułam, że to początek. Poprosiłam męża, by następnego dnia wziął wolne. Po obiedzie zaczęłam przygotowywać zupę połogową. Byłam bardzo podekscytowana i cieszyłam się, że wszystko dzieje się naturalnie (nie chciałam wywoływania porodu). Skurcze przychodziły regularnie co pół godziny. W nocy, którą próbowałam jeszcze przespać (tyle ile mogłam), skurcze przychodziły co 20 minut. Ponieważ na leżąco skurcze były bardzo bolesne, o 4 nad ranem wstałam, usiadłam na piłce i czekałam aż przyśpieszą. 

24 godziny później…

Po 24 godzinach, następnego dnia, we wtorek o 15 skurcze nadchodziły co 6 minut. Byłam zmęczona nieprzespaną nocą i głodna (nie byłam wstanie jeść). To wtedy miałam kryzys i to wtedy zdecydowałam się jechać do Domu Narodzin. Choć z położną byłam umówiona, by wybrać się w drogę, dopiero, gdy skurcze będą co 5 minut, ja musiałam coś zrobić. Byle już tylko nie siedzieć bezsensownie na piłce, tylko coś zmienić. Jeszcze przed wyjazdem, zgodnie z zaleceniem położnej, z którą byłam na telefonie, wzięłam no-spę i prysznic. 0 17.00 wyruszyliśmy z domu. Były godziny szczytu i straszne korki. Mimo, wtedy już bardzo nieznośnego bólu, cieszyłam się, że jadę na najważniejsze spotkanie w moim życiu. Spotkanie z moim dzieckiem. Droga, która powinna zająć maksymalnie 20 minut, trwała godzinę. To była najdłuższa podróż autem w życiu. Nie byłam przypięta pasami.

Akcja porodowa zaczęła się rozkręcać

W ciąży rozważałam poród domowy, bałam się medykalizacji i syndromu izby przyjęć. Ostatecznie wybrałam Dom Narodzin przy szpitalu św. Zofii w Warszawie. Po przyjeździe na miejsce, okazało się, że mam już 5 cm rozwarcia. Od razu po wejściu na salę porodową, wzięłam wymarzoną kąpiel (w domu mam tylko prysznic). W wannie odeszły mi wody, miałam już 7 cm rozwarcia i żadnego kryzysu 7 centymetra (kryzys miałam dużo wcześniej w domu). Położna była zdziwiona tempem, w jakim rozwijała się akcja porodowa. Twierdziła, że rodzę jak wieloródka. Skurcze były coraz dłuższe i coraz częstsze. Nie mogłam wysiedzieć w wannie. Chodziłam po ciemnej i przytulnej sali, świeciły się świece, pijam ciepłą wodę i coraz trudniej znosiłam ból.

Mąż słuchał meczu Polska – Armenia

W pewnym momencie mąż zapytał, czy może włączyć radio, by posłuchać meczu Polska-Armenia. Naprawdę nie miałam nic przeciwko. Właściwie było mi wszystko jedno, wtedy nie byłam już wstanie spokojnie oddychać, ostatnie skurcze spędziłam skacząc na piłce. Tomek przykładał mi cudownie ciepły i kojący kompres, który otaczał moją talię, podbrzusze i krzyż. Czułam się, jakby wszystkie moje prababki były ze mną w pokoju i otulały mnie sobą. Położna postanowiła znów mnie zbadać, bo skurcze były naprawdę długie i częste. Okazało się, że mam już 10 cm rozwarcia! Była 21.00 i rozpoczęła się druga, najbardziej niesamowita faza porodu. Byłam już naprawdę blisko wzięcia mojego ukochanego dziecka w ramiona.

Padł gol dla Polski

Długa faza porodu była jak błogosławieństwo. Nie czułam już żadnego bólu tylko nieporównywalne z niczym, wychodzenie dziecka na świat. Faza skurczy partych trwała 45 minut. Krzyczałam w niebogłosy, by pomóc dziecku wyjść i by wykrzyczeć się za całe życie. Pomyślałam sobie, kiedy jeśli nie teraz? Byłam naga, rodziłam w pozycji wertykalnej, klęcząc, na podłodze. Czułam ogromną moc. Wiedziałam, że to już ostanie chwile olbrzymiego wysiłku. To były chwile, których nigdy nie zapomnę. Rady położnej, kiedy przeć i jaką pozycję przyjąć były nieocenione. Ona wiedziała, że to już. Mąż zawołał do pomocy pielęgniarkę. O 21.45 moje dziecko wyskoczyła na świat jednym skokiem prosto w ramiona położnej. Usłyszałam, że to dziewczynka. Robert Lewandowski, w ostatniej, doliczonej minucie meczu, strzelił zwycięskiego gola dla Polski.

Najważniejsze spotkanie w życiu

Położna i pielęgniarka pomogły mi się położyć na dużym, wygodnym łóżku. Córeczkę położono przy mojej piersi. Po raz pierwszy spojrzałam w kosmiczne oczy mojego dziecka. Przywitałam się, policzyłam paluszki u rączek i stóp, powiedziałam córeczce, jak ma na imię i wypowiedziałam dobrą wróżbę na całe jej życie. Byliśmy z mężem najszczęśliwszymi ludźmi na Ziemi. Kiedy ja tuliłam maleństwo, położna zajmowała się łożyskiem i pępowiną. Następnie przystawiła córeczkę do piersi i ta zaczęła pięknie ssać. Córeczka urodziła się kilka dni po terminie, nie była w mazi porodowej, tylko miała bardzo suchą skórę. Nasze szczęście miało aż 57 cm i 3600 gram.

Pierwsze rozstanie i pierwsze dni razem

Położna zwróciła uwagę na problemy z oddychaniem małej. W końcówce pierwszej fazy hiperwentylowałam się i stąd mogły wziąć się problemy z oddychaniem. Pierwszą noc spędziłyśmy oddzielnie, każdą kolejną już razem. Pierwsze dni i tygodnie były cudowne, czas stanął w miejscu. Dopiero w okolicach Bożego Narodzenia zorientowałam się, że dni jednak mijają. A mijały pięknie. Trzymając maleństwo w ramionach, często pytałam skąd przyszło i co robiło w brzuchu. Dzidziuś często się uśmiechał i tylko raz we śnie powiedział, że mnie kocha.

Co dał mi świadomy poród?

Z perspektywy czasu poród był nie tylko jednym z najważniejszych, ale także jednym z najpiękniejszych wydarzeń w moim życiu. Przez to, że był świadomy, dał mi większą moc kierowania własnym życiem. Przestałam płynąć tam, gdzie akurat rzuciło mnie życie. Przestałam się szarpać. Zaczęłam świadomie wyznaczać swoje granice, badać swoje potrzeby i mierzyć się z oczekiwaniami. Nauczyłam się prosić o pomoc. Pokochałam swoje ciało! Zaczęłam z uważnością przyglądać się swoim snom, które w ciąży pomagały mi się skontaktować z własną intuicją. I stałam się matką dla mojego dziecka i dla siebie samej. Mój wewnętrzny krytyk od czasu porodu milczy, bo moja wewnętrzna matka zna na niego każdy sposób. Poznałam tajemnice rodzenia. Czy jest taka rzecz, której miałabym teraz nie podołać?

 

Katarzyna Wiekiera

Katarzyna Wiekiera

Zaklinaczka Słowa (copywriterka, blogerka, dziennikarka)

Moje super moce: pisanie (terapeutyczne, kreatywne), copywriting,

Spotkacie mnie: w Warszawie

Telefon: 665 251 785

www.blowminder.com www.zlotykot.pl

Bądź na bieżąco:
Do góry

Darmowy ebook "Poród bez obaw czyli 10 zasad udanego surfowania"

Zostaw swoje dane a wyślę Ci go na Twoją skrzynkę.

Dziękuję za zapis!

ZAREZERWUJ MOJE MIEJSCE!

Zostaw swoje dane aby wziąć udział w darmowych lekcjach surfowania:

Dziękuję za zapis!