Poród, poród i po porodzie. Tak jakby moment, kiedy dziecko ląduje na Twoim brzuchu jest tym momentem, kiedy kamera robi zbliżenie, obraz się rozmywa i lecą napisy końcowe. A co jest po? Co jest po tej drugiej stronie? Teraz wiem, bo jestem mądra, znaczy mam 3 dzieci, za mną 3 porody i 3 połogi. Ale kiedy byłam w swojej pierwszej ciąży, jedyne co słyszałam o tym mistycznym czasie po, czyli połogu, to ewentualnie złote rady typu:

  • zakupić wystarczającą ilość wkładek połogowych
  • zakupić laktator, koniecznie elektryczny, bo przecież zakładasz mleczarnie społem
  • zakupić mleko modyfikowane na „wszelki wypadek” bo przecież Twój pokarm ma zdolność wyparowania z piersi
  • oraz że jest się cholernie niewyspanym więc śpij, kiedy dziecko śpi

Zresztą, to porodem zwykło się straszyć małe dziewczynki, więc kiedy zaczęłam przygotowywać się na swój hipnoporód (historię możesz przeczytać tu), tak bardzo skoncentrowałam się na tym jednym wydarzeniu, że nawet przez głowę mi nie przeszło, że jest coś „po”.

Każdy mój poród wspominam jako piękne wydarzenie. Natomiast połogi to był czas odkrywania rzeczy, o których nikt mi wcześniej nie powiedział! Tak, mówi się o połogu coraz więcej, o zmęczeniu, o hormonach, o dbaniu o siebie, o wizytach u fizjoterapeuty, o tym jak ważne jest wsparcie i zapasy gotowych obiadów w zamrażalniku. Natomiast wtedy (mój pierwszy połóg był w połowie 2013 roku) słyszałam tylko to co już ci wymieniłam w złotych radach.

Jakie rzeczy odkryłam? Trochę na serio, trochę z przymrużeniem oka, trochę z moim ulubionym sarkazmem – oto 12 rzeczy o połogu o których nikt mi wcześniej nie powiedział:

  1. Poród to nie finał, to dopiero początek

Dlaczego jakość porodu ma tak ogromne znaczenie na dalsze życie kobiety? Ponieważ to w jaki sposób go doświadczyłyśmy zostaje zapisane na każdym poziomie: fizycznym, psychicznym i duchowym. Co więcej, jeżeli miałyśmy możliwość w czasie porodu, na swój sposób radzić sobie nawet z najtrudniejszymi momentami, daje to poczucie satysfakcji przejścia przez unikalne doświadczenie. Daje to siłę w późniejszym życiu, aby mocno stanąć na nogi, aby sprostać trudom macierzyństwa. Teraz z perspektywy wielomatki powiedziałabym, że poród to brama do dorosłego życia. To w tym momencie stajemy się dużymi dziewczynkami. Pierwsza miesiączka? Można ją fajnie celebrować. Pierwszy seks? Oby z satysfakcją. Pierwsza praca? Oby nie przepuścić całej wypłaty ze szczęścia 😉 Ale poród – poród dopiero sprawia, że pierwszy raz w życiu stajemy się odpowiedzialne za kogoś więcej niż my same i dorastamy! Inicjacje szamańskie mogą się schować w porównaniu do transformującej mocy porodu!

  1. Każdy połóg jest inny, ale każdy boli coraz bardziej

Nie jest tak jak pokazują reklamy mleka modyfikowanego, macierzyństwo nie jest cukierkowe. Ale też nie zawsze jest jednym wielkim zmęczeniem, potem, krwią i łzami. Jeden połóg może być bardzo przytłaczającym przeżyciem, na granicy depresji lub między depresją a rozdwojeniem jaźni. Innym razem możemy mieć aż za dużo energii (łatwo jest wtedy pokusić się o nadmierną aktywność w czasie, kiedy powinnyśmy odpoczywać. Może nie odczujesz tego od razu, ale wierz mi, Twoje ciało to zarejestruje i odpłaci w właściwym dla siebie momencie). Nikt mi też nie powiedział, że tak jak poród podobno (podobno, bo jest to mit, spytaj choćby jakiejś ortodoksyjnej Izraelitki bo one często rodzą po 10- 15 dzieci) boli coraz mniej z każdym kolejnym, tak każdy kolejny połóg boli coraz bardziej. Jest to oczywiście związane z obkurczaniem się macicy w połogu. U mnie wyglądało to tak: w pierwszym połogu byłam zaskoczona, że w ogóle boli, przecież ból miał się skończyć wraz z urodzeniem dziecka 😉. W drugim połogu poprosiłam o apapy (tak, ja mistrz zen porodowy brałam przeciwbóle na obkurczającą się macicę i nie żałuję, zrobiłabym to ponownie). W trzecim połogu chciałam, żeby mi podali ZZO, ale wtedy mi się przypomniało, że przecież urodziłam w domu a ZZO podają w trakcie porodu 😉

  1. Samotność w macierzyństwie zabija

Samotność podobno w ogóle zabija, ale w macierzyństwie chyba podwójnie. Nigdy nie byłam duszą towarzystwa, nie czułam potrzeby mieć stada znajomych. Za to zawsze brałam za zupełnie naturalne, że ludzkie drogi się schodzą i rozchodzą na pewnym etapach życia. Może dlatego nigdy nie miałam jednej stałej wioski wsparcia. Z drugiej strony. pisanie na internatach jakoś mało mnie interesowało ani nie zaspokajało moich potrzeb stadnych.  Do tego wiadomo, mam dziecko więc przecież NIE MAM CZASU! Jedna z największych bzdur, które próbujemy sobie wmówić. Tak czy siak, nie zawsze dbałam o to, aby regularnie wyjść z domu i z kimś pogadać, wypić kawę, zrobić zakupy, pojechać w ukochane góry, na koncert, wino czy cokolwiek co sprawiało, że musiałam się przebrać z uplamionych zwróconym mlekiem ubrań i uczesać włosy które czasem sklejały smarki. Rezultat? Spytaj mojego męża, bo to on nosi blizny tych ciemnych dni. Teraz już wiem, że gdy dopada mnie beznadzieja, jedzenie traci smak, kolory swoją intensywność a mąż boi się wejść do domu po pracy to znak, że znów zaniedbałam swoje życie towarzyskie.

  1. Możesz zmienić zdanie apropo wychowywania swoich dzieci

Długo myślałam, że czarne jest czarne a białe jest białe. Albo jesteś tą która jest bliska, albo tą która jest daleka. Po tej lub po tamtej stronie rzeki. I oczywiście swoje wybory ustala się już na etapie ciąży, najlepiej na podstawie mądrych poradników lub doświadczeń koleżanek (zwłaszcza tych wirtualnych!). Oj jak życie weryfikuje nasze teoretyczne założenia, kiedy stajemy się matkami! Zweryfikowało moje, kiedy myślałam, że będę chustować po sam grób (pierwsze dziecię tak, drugie dziecię nienawidziło chusty, przy trzecim odpokutowałam swoją nadmierną energię i czasy, kiedy nie zadbałam o swoją rehabilitację po porodzie więc nie byłam w stanie nosić) albo że nigdy nie oddam na zepsucie moich dzieci do przedszkola publicznego (okazało się, że znalazłam publiczne przedszkole z dużo lepszą atmosferą niż w niejednym tzw. bliskościowym). Życie zweryfikowało założenia moich znajomych, którzy zapierali się rękami i nogami, że przenigdy nie będą spać z dzieckiem, bo chcą mieć własną, małżeńską przestrzeń albo że nigdy nie podadzą smoczka.

Nie teoretyzuj. Czytaj, dowiaduj się, rozmawiaj, kwestionuj, ale zobacz sama co dla Ciebie jest najlepsze, kiedy już będziesz miała swoje dzieci. Zobacz co dla Twojej rodziny najlepiej się sprawdza a co jest kompletnie nie praktyczne. Co jest możliwe a co nie w waszej sytuacji. Nie zakładaj z góry, że coś jest be tylko dlatego, że nie wpisuje się w ogólnie przyjęty wzór rodzicielstwa bliskości. To my nadajemy sens lub intencję rzeczom, miejscom czy nawykom, nieodwrotnie. I nie oceniaj wyborów innych matek, zwłaszcza jak nie znasz całego i dokładnego życiorysu danej osoby.

  1. Mogę powiedzieć „nie” wizytom w połogu

Pamiętam to jak dziś. Zanim nie doszło do wyborów w ciąży i rodzicielstwie, nie mieliśmy z mężem w zasadzie żadnych ostrych dyskusji. Ale przyszedł ten dzień, kiedy poruszyliśmy temat odwiedzin w szpitalu po porodzie. Nie miałam problemu ze stawianiem granic i od razu powiedziałam, że nie życzę sobie wizyt w szpitalu, a do domu może ktoś przyjść, jak dam znać, że jestem na to gotowa. Mój mąż na to odparł, że gdybyśmy mieszkali w Meksyku (tak, mój mąż to gorący…tfu tfu ciepłokrwisty Latynos) to miałabym pielgrzymki całej rodziny już w pierwszej dobie po porodzie. Nie bardzo mnie to zmartwiło, skoro mieszkamy kilka tysięcy kilometrów od teściów 😉 ale bardziej zaogniło. No ale jak to?! Jak można wchodzić z buta na salę, gdzie odpoczywa matka i dziecko i to bez zgody?! To samo dotyczyło wizyt już w domu. Fakt, że mogę powiedzieć „nie” było na szczęście już w moim systemie obronnym. Natomiast wiem, że wiele kobiet zmaga się z nieproszonymi gośćmi. „Bo przecież mamusia chciała tylko zobaczyć wnuczka”. „Bo przecież tylko siostra chciała Ci podrzucić ubranka”. Jeżeli tego chcesz i potrzebujesz oczywiście – zwołaj całą rodzinę, znajomych, włącznie z księdzem proboszczem! Zanim jednak powiesz „tak” wizytom lub sama o nie poprosisz, zadaj sobie pytanie – komu ma służyć ta wizyta? Tobie, bo ktoś ogarnie dom czy ugotuje pyszny i regenerujący obiad, zostanie z dzieckiem, żebyś mogła się przespać lub wziąć długi prysznic? Czy komuś, bo da to niepowtarzalną szansę na podarowanie Tobie złotych rad rodem z lat ‘80?

  1. Nawet jak zawodowo zajmuje się tematem to i tak będę się martwić, czy wszystko jest ok

Po porodzie mózg matki zmienia tryb. Jego głównym celem jest zadbać o to, aby potomstwo przeżyło. I tyle, kropka. Mówi się, że kobiety mają ciążowy mózg, ale to jest pikuś w porównaniu do „mgły pociążowej”. Natura jest mądra, zaprojektowała nas tak, żebyśmy przypadkiem (zwłaszcza te nadambitne 😉) nie poświęcały zbyt dużo energii na inne sprawy poza ochroną swoich młodych. I nie ważne jest wtedy, ile książek przeczytałaś czy kursów ukończyłaś. Niby nadal masz tą wiedzę, niby wiesz, że jest w porządku, ale coś tam z tyłu głowy podrzuca ci wątpliwości i interpretuje płacz Twojego dziecka jako oznakę głodu.  Dobrze wtedy mieć pod ręką telefon np. do znajomej położnej, która Cię przywoła do porządku i ocuci trochę z tej mgły 😊

  1. Nie będę wiedziała czemu płacze moje dziecko

Tak jak nie da się w 100% zaplanować swojego modelu macierzyństwa, tak nie da się nauczyć rodzajów płaczu zanim nie zostanie się matką. Wiem, że niektóre szkoły rodzenia stosują specjalne lalki noworodków, aby nauczyć przyszłych rodziców opieki i odpowiedniego reagowania na różne rodzaje płaczu. Dla mnie ma to sens tak samo jak umieszczanie bólu porodowego na jednej skali z innymi rodzajami bólu (ból wyrywania zęba, łamania kości, miesiączkowy, onkologiczny…). W czasie moich połogów zrozumiałam, że nie zawsze wiemy co robić, nie zawsze wiemy czemu nasze dziecko płacze, ale staramy się jak możemy. I tyle (aż tyle) wystarczy.

  1. Mój dobrostan determinuje dobrostan mojej rodziny

Mam wrażenie, że kobieta znika po porodzie. A tak przynajmniej dzieje się w Polsce. Dopóki mamy wystający brzuch, który każdy chce oczywiście macać bez pytania, dopóty jesteśmy w centrum zainteresowania i troski. Czy my jesteśmy rzeczywiście tym centrum czy dziecko, które nosimy w sobie to już inna kwestia. Natomiast w momencie porodu, kiedy zostajemy rozdzieleni z naszym maleństwem, ten środek ciężkości przenosi się na nasze dziecko a my jakby się rozmywamy. Uważam, że taki mamy trend w społeczeństwie i na takiej pozycji stawiamy same siebie. Porównywanie macierzyństwa do maseczki z tlenem w momencie awaryjnego lądowania samolotu to już truizm. Niby każdy wie, że najpierw trzeba zadbać o swoje potrzeby, żeby móc opiekować się swoją rodziną, a jakoś tak trudno to wcielić w życie. Bo bałagan w domu, bo jeszcze muszę zrobić to czy tamto, bo przecież dzieci będą głodne chodzić jak ja im nie podam obiadu, bo przecież się muszę poświęcić, bo muszę być najlepszą mamą, bo tata zawsze zakłada nie te ubrania co trzeba…Dbanie o ognisko domowe, o to, żeby serce rodziny biło, to jest niesamowicie odpowiedzialne i trudne zadanie. Przede wszystkim dlatego, że wymaga od nas kobiet postawienia siebie na pierwszym miejscu.

  1. Pokłócę się z mężem, bo inaczej rozumiemy płacz naszego dziecka

Nasz mózg się zmienia po porodzie. Zostajemy wyczulone na sygnały, które wysyła nam dziecko. Czasem przeczulone. Niesamowite było to, że płacz każdego z moich dzieci odbierałam inaczej. Każde z moich dzieci poruszało inne struny w moim instynkcie. Czasem ten płacz mnie dosłownie bolał fizycznie i rozdzierał mnie wewnętrznie, czasem brałam go bardziej na zimno. Doprowadziło to do wielu kłótni z moim mężem, ponieważ w pierwszym odruchu denerwował mnie jego spokój. Kiedy ja byłam gotowa reagować emocjonalnie i eksplodować z nadciśnienia, on był moim zaworem bezpieczeństwa. Dzięki jego spokojowi i opanowaniu, nawet przy rozdzierającym płaczu, mogłam urealnić swoje reakcje a co najważniejsze, nasze dzieci uspokajały się odzwierciedlając jego spokój.

  1. Jestem wystarczającą matką dla swoich dzieci

Syndrom wzorowej uczennicy, perfekcjonistka, ta, której wewnętrzny krytyk tylko czeka, aby znów skomentować. W dzisiejszych czasach wiemy bardzo dużo o rozwoju dzieci, o zdrowej diecie, o wpływie środowiska, dobrych czy złych bodźcach itd. Itd. Chcemy dla naszych dzieci jak najlepiej, mamy możliwości, mamy wiedzę, mamy świadomość. I mamy tak mało dobroci i zrozumienia dla nas samych i naszej trudnej roli. Oczywiście można zadbać o każdy aspekt wychowania naszych dzieci, od jedzenia, poprzez środowisko, towarzystwo, kolory i wzory na ścianach aż po precyzyjnie zaplanowane zajęcia dodatkowe na każdy dzień tygodnia. Można być super mamą. Tylko po co, kiedy nasze dzieci jedyne co potrzebują to naszej miłości?

  1. Z każdym kolejnym połogiem potrzebujesz coraz więcej wsparcia (a najlepiej cały sztab ludzi)

Wsparcia z domem, wsparcia z dziećmi, wsparcia w samotności zabieganej matki. Kiedyś było od tego całe plemię, dziś…każdy radzi sobie na swój sposób.

  1. Matka nie jest tylko jedna

Tak bardzo chcemy być jedyne i niepowtarzalne dla naszych dzieci. Matka jest tylko jedna, nikt nie da mojemu dziecku to co mogę dać ja. Oczywiście, ty to ty, ty znasz swoje dziecko najlepiej. Jednak czasem mam wrażenie, że to my potrzebujemy naszych dzieci bardziej niż one nas.

A ty? Jakie rzeczy o połogu odkryłaś sama?

Dołącz do grupy wsparcia Błękitna Mama.

Zostaw swój email, aby jako pierwsza dowiedzieć się o otwarciu zapisów na kolejną edycję 30 dniowego kursu Błękitny Poród!

“Nie można powstrzymać fal, ale można nauczyć się surfować”

Poród jest właśnie jak surfowanie i morze. Czasem spotykają nas delikatne fale a czasem uderzy w nas
huragan Wilma. Zostaw swój email a otrzymasz darmowy pdf “10 zasad udanego surfowania czyli poród bez obaw”!

Do góry

Darmowy ebook "Poród bez obaw czyli 10 zasad udanego surfowania"

Zostaw swoje dane a wyślę Ci go na Twoją skrzynkę.

Dziękuję za zapis!

ZAREZERWUJ MOJE MIEJSCE!

Zostaw swoje dane aby wziąć udział w darmowych lekcjach surfowania:

Dziękuję za zapis!