Starasz się o dziecko. Okres nie przychodzi, na teście dwie kreski. Cieszysz się bardzo, ogłaszasz
wszystkim dobrą nowinę; dziecko w brzuchu się rozwija, a ten sobie powoli rośnie, promieniujesz
radością; no, może męczą Cię jakieś mdłości na początku, ale w drugim trymestrze wkraczasz w tak
zwany „miesiąc miodowy” ciąży, szykujesz wyprawkę, przygotowujesz się do porodu, a później z
radością witasz dziecko na świecie w dniu spodziewanego terminu. Nie masz żadnych kłopotów
zdrowotnych, nie targają Tobą tysiące wątpliwości. Znacie kogoś, kto tak miał? Ja chyba nie ;).

Ciąża to czas ogromnych zmian. W naszym ciele, sercu i umyśle. Zmian, które przychodzą powoli, ale
bez ustanku – jak tylko zdążysz się do czegoś przyzwyczaić (najczęściej to różnego rodzaju dolegliwości
i uciążliwości), to zaraz wszystko się odwraca. Zmiany, które zachodzą w ciele, są łatwe do
zaobserwowania. Zmienia się skóra, sylwetka, figura, częstotliwość odwiedzin w toalecie. Szybko uczysz
się, jak zapobiegać rozstępom, jak dobrze się odżywiać, że warto ćwiczyć. Ale co ze zmianami w naszym
umyśle i sercu? Ich nie wskażesz palcem, a to one w moim odczuciu zasługują na najwięcej uwagi.

Swoją pierwszą ciążę niestety straciłam. Przeżyłam żałobę i zaraz po niej zobaczyłam znów dwie kreski
na teście. Bałam się, że będę panikować, a nic takiego się nie stało. W pierwszym trymestrze czułam
tylko radość, nie denerwowałam się przed wizytami u lekarza. Kryzys przyszedł dopiero w okolicy…
połowy ciąży. Tak, w momencie kiedy wszystkie książki mówią, że powinnam z radości skakać pod sufit!
A mnie wtedy nic nie cieszyło, snułam się po domu i nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Nic mnie nie
cieszyło. Nie mogłam się ratować dziurawcem na spadki nastroju, bo w ciąży nie wolno. Było mi źle.
Skąd to się wzięło? Przypuszczam, że właśnie wtedy dziecko w brzuchu stało się czymś realnym, a nie
tylko abstrakcyjną myślą – bo od 17 tygodnia zaczęłam czuć jej ruchy (tak, to córeczka:)), a brzuszek
nieznacznie się powiększył. Pierwszy trymestr to była radość, że będzie dziecko, drugi – lęk, że będzie
dziecko, że już jest! Dziecko. Mała istotka, która harcuje w brzuchu, a która – choć jeszcze
niesamodzielna – już zaczyna zmieniać nasze życie, wywracać je systematycznie do góry nogami. Ja, z
osoby bardzo aktywnej twórczo i biznesowo, staję się nagle mamą. Priorytety zmieniają się zupełnie. Nie
rozwój biznesu, a rozwój maluszka. Nie kołowrotek zadań do zrealizowania, a spokojne działanie i dużo
odpoczynku. Myślenie o tym, jaki będzie poród, i co będzie już po nim – kiedy Marysia będzie z nami.
Jak będą wyglądać nasze relacje małżeńskie? Jacy będziemy w roli rodziców? Czy sobie poradzimy? Czy
nasza córeczka będzie spokojna czy szalona po mamie? Tyle pytań i same niewiadome…

Kiedy zrozumiałam, skąd bierze się ten mój lęk, powoli zaczął mijać. Bo lęk jest wtedy, kiedy nie znamy
konkretnej jego przyczyny; kiedy przyczyna jest znana, mamy do czynienia ze strachem, a z nim można
się skutecznie oswajać (chociażby przez przyswajanie wiedzy). W ten sposób radziłam sobie ze strachem
przed dojmującą fizjologią w ciąży, porodzie i połogu, ze strachem przed brakiem kompetencji i wiedzy
na temat dziecka. To był proces, który – mimo tego, że ciąża dobiega już końca – trwa nadal, choć już w
mniejszym natężeniu. Co jakiś czas wypływa na powierzchnię lęk o to, kim ja będę po narodzinach
córeczki. Tego nie da się przewidzieć, pojąć, zrozumieć, wyobrazić. Tak, jak jeszcze nie umiem sobie
wyobrazić, że Marysia jako osobna istota będzie już niedługo z nami. Absolutnie przekracza to moje
zdolności umysłowe. Jak ja wtedy będę patrzeć na świat? Jak będę się zachowywać? Co będzie dla mnie
ważne? Kim jestem teraz, w tym przejściowym czasie? Jak bardzo się jeszcze zmienię? Czy rozpoznam
samą siebie? Znów tyle pytań i żadnych odpowiedzi.

W takich sytuacjach pomaga mi świadomość, że to normalne. Że tak właśnie z nami jest, że reagujemy
lękiem na nieznane. Że stopniowo poradzę sobie z tym, co życie przyniesie, że powoli oswoję te
wszystkie zmiany. Nie walczę z lękiem, nie odsuwam go, ale przyglądam się mu, myślę, skąd przychodzi
i po co. Nie rzucam się w wir niekończących się zadań do zrobienia byleby tylko nie myśleć o tym, co
mnie czeka. Jeśli łapiesz się na tym, że biegasz od jednego sklepu do drugiego i szukasz idealnej
wyprawki dla swojego dziecka (co, swoją drogą, jest bardzo przyjemnym zajęciem;)), przystań, złap
oddech. Może właśnie w ten sposób objawia się u Ciebie chęć ucieczki przed zmianą, która właśnie w
Tobie zachodzi. Będziesz mamą. Jak Twoja mama dla Ciebie, jak Twoja babcia dla Twojej mamy, jak
tysiące kobiet przed Tobą. Pozwól sobie na lęk, na słabość, nie uciekaj od nich. One w końcu Cię
umocnią, tylko ich nie zagłuszaj. Bo wtedy przyjdą nieproszone i będzie Ci dużo trudniej się z nimi
zmierzyć.
Dla mnie ciąża to ogromna lekcja pokory. Nauka odpuszczania silnej chęci kontrolowania wszystkiego,
co dzieje się ze mną i moim życiem. Przypuszczam, że to dopiero preludium tego, co będzie się działo, kiedy Marysia będzie już z nami…

Fot. Katarzyna Warańska

Artystka, z wykształcenia mgr filozofii UJ. Autorka powieści „Koniec świata”, której akcja dzieje się na bieszczadzkich szlakach. Pisze i uczy pisać. Śpiewa – nagrała dwie płyty, w tym jedną („Tańce duszy”) z własnymi piosenkami. Szyje i projektuje pod własną marką. Kocha góry i rozmowy o życiu przy dobrej kawie. Znajdziesz ją na monikamalgorzatalis.pl.

Bądź na bieżąco:
Do góry